Niełatwe jest życie nauczyciela – przyzna to zapewne każdy, kto choć przez moment miał okazję zetknąć się z tym zawodem. Lecz cóż znaczą dzisiejsze problemy w porównaniu z wymogami, jakie stawiano kandydatkom do pracy w śląskich szkołach w okresie międzywojennym.
Po przejęciu części Górnego Śląska przez państwo polskie (1922) i utworzeniu autonomicznego Województwa Śląskiego, szkolnictwo na tym terenie zostało formalnie wyłączone spod władzy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego i podporządkowane władzom wojewódzkim. Wojewoda Śląski był równocześnie kuratorem, zaś fundamentem prawnym dla funkcjonowania tutejszych szkół były ustawy Sejmu Śląskiego. Wkrótce też zaczęło się pojawiać coraz więcej różnic pomiędzy zasadami panującymi w szkołach śląskich a tymi w pozostałych rejonach kraju.
Śląsk miał własne prawa, lecz brakowało mu nauczycieli. Inteligencja nigdy nie była tu zbyt liczna, zaś po zmianie przynależności państwowej jej szeregi przerzedziły się jeszcze bardziej – ogromną część tutejszych nauczycieli i urzędników stanowili przecież Niemcy lub Ślązacy o proniemieckich przekonaniach.
W tej sytuacji już w 1922 na polski Górny Śląsk poczęły napływać rzesze nauczycieli, wywodzących się głównie z pobliskiej Małopolski, z poznańskiego, a także z terenów dawnej Kongresówki. Dodatkowym magnesem był panujący wówczas mit „śląskiego Eldorado”. Powstał on jeszcze przed I wojną światową, gdy płaca tutejszego nauczyciela była o ponad 30 procent wyższa od pensji nauczyciela z Galicji. W okresie międzywojennym zarobki w oświacie regulowała teoretycznie ustawa ogólnopolska, jednak Śląsk nadal kusił nauczycieli z innych rejonów kraju dodatkiem drożyźnianym (20 procent pensji), a w 1923 roku nawet 50-procentowym dodatkiem dla pracowników napływowych. Nic dziwnego więc, że w 1925 roku nauczyciele przyjezdni stanowili już 60 procent tutejszej kadry szkolnej; w przeważającej części były to kobiety.
Jednak nie ma róży bez kolców i nowo przybyli pedagodzy przekonywali się o tym bardzo prędko…
Pierwszą niespodzianką był fakt automatycznego łączenia funkcji kierownika szkoły ze stanowiskiem organisty w miejscowej parafii. Kierownicy szkół byli także zobowiązani do przeprowadzenia czterech godzin religii tygodniowo; nie wolno było tego robić bez tzw. misji kanonicznej, tę zaś można było zdobyć tylko dzięki „nienagannej opinii” – dla kobiet w tym czasie niemal nieosiągalnej.
Niezależnie od tego, każdy nauczyciel – bez względu na płeć – zobowiązany był do złożenia na piśmie przysięgi. W 1935 roku, gdy pracę w jednej z mikołowskich podstawówek obejmowała pani Irena Flekiewiczówna, przysięga ta miała następujące brzmienie:
„Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że w wykonywaniu swych obowiązków służbowych, szczególnie w zakresie wychowania i nauczania powierzonej mi młodzieży, przyczyniać się będę ze wszystkich sił do ugruntowania wolności, niepodległości i potęgi Rzeczypospolitej Polskiej, której zawsze wiernie służyć będę. Wszystkich obywateli kraju w równem mając zachowaniu, przepisów prawa strzec będę pilnie, obowiązki swego stanowiska spełniać gorliwie i sumiennie, polecenia mych przełożonych wykonywać dokładnie a tajemnicy urzędowej dochowam. Tak mi Panie Boże dopomóż.”
Niełatwa była również sytuacja mieszkaniowa na Śląsku: większość nauczycieli musiało mieszkać na strychach, poddaszach lub w suterenach szkół. Problem ten był o tyle drażliwy, że ogólnopolskie ustawodawstwo oświatowe zapewniało mieszkania bezpłatne, gdy tymczasem na Śląsku nawet za pokoik w szkole trzeba było płacić czynsz.
Jednak nawet brak mieszkań nie utrudniał życia w takiej mierze, jak sławetna „ustawa celibatowa” – choć obowiązywała tylko przez 12 lat, zdążyła ona złamać życie niejednej śląskiej nauczycielce.

Świadectwo Moralności wydane w 1930 roku Stanisławowi Szymańskiemu (1901-1973), który ubiegał się wtenczas o posadę w jednej z mikołowskich szkół. Otrzymał ją i zamieszkał w Mikołowie na stałe. Później został on mężem Ireny Flekiewiczówny pm. Szymańskiej.
W 1926 roku Sejm Śląski przypomniał sobie o starym pruskim prawie i orzekł, że „jest rzeczą niemożliwą być dobrą żoną, dobrą matką, a równocześnie dobrą nauczycielką”. Wydano stosowną ustawę i od tego momentu w śląskich szkołach obowiązywał żeński celibat – nauczycielki nie miały prawa do zamążpójścia, zaś ślub oznaczał automatyczną utratę pracy i konieczność odejścia z zawodu. Żadna szkoła na Śląsku nie mogłaby zatrudnić kobiety zamężnej.
Pomimo oczywistej sprzeczności z ówczesną Konstytucją, śląska „ustawa celibatowa” została zniesiona przez Sejm RP dopiero w kwietniu 1938 roku.
O osobistych i rodzinnych tragediach, jakie rodził ów przepis, opowiada sztuka teatralna „Byle się nie zakochać”, napisana przez pszczyńską dziennikarkę i polonistkę Jadwigę Zając-Brandys. W jednym z wywiadów opowiedziała ona o powodach powstania tego dzieła:
„Od dzieciństwa wzrastałam w kulcie zawodu nauczyciela, ze względu na mojego ojca, który był bardzo zaangażowany w swoje nauczycielstwo. Poza tym do zainteresowania tą, a nie inną tematyką skłoniły mnie również wspomnienia mojej mamy. Utraciła ona bowiem dwie wspaniałe nauczycielki, które na pierwszym miejscu postawiły sprawy rodzinne, serce, miłość, rezygnując z uprawiania zawodu na rzecz zamążpojścia. Ta sytuacja bardzo mnie szokowała, nie chciałam uwierzyć mojej mamie w to, że nauczycielka nie mogła mieć swojej rodziny. Aczkolwiek, największym impulsem do zainteresowania się tą tematyką był artykuł, który ukazał się w “Głosie Pszczyńskim”. Był to tekst napisany także przez nauczycielkę o konkretnych przypadkach osób, które musiały zrezygnować z nauczycielstwa przez tą okrutną ustawę. Ja zrobiłam z tego rzecz komediową. Konflikt występuje pomiędzy pasją zawodu, a tą okrutną ustawą. Albo dać prym sercu, szczęśliwej miłości i założeniu rodziny, albo pasji i chęci uczenia.”
Premiera przedstawienia miała miejsce 20 października 2007 roku na scenie Młodzieżowego Domu Kultury w Pszczynie, a odtwórcami głównych ról byli… pszczyńscy nauczyciele, którzy specjalnie na tę okazję stworzyli Nauczycielskie Koło Teatralne. Mimo upływu czasu, sztuka ta wciąż cieszy się ogromnym zainteresowaniem.
Nawiasem mówiąc, od mężczyzn – dla odmiany – oczekiwano posiadania rodziny. Nie był to wprawdzie wymóg formalny, w praktyce jednak szanse nauczyciela-kawalera na otrzymanie posady kierownika szkoły były znikome.
Rzecz jasna, wszystkie te obostrzenia dotyczyły również nauczycieli szkół w Mikołowie; zapewne wielu spośród nich mogłoby opowiedzieć o osobistych dramatach i bolesnych wyborach pomiędzy pracą a szczęściem.
Źródła drukowane: [SZD0014]
• Dwanaście lat celibatu, A.A. Jojko [w:] „Gazeta Mikołowska” nr 05/2009 (218), V 2009, s. 41. [X]